Wyprawa do "kraju samby"

Pewnego wrześniowego dnia, po 10- godzinnym locie z przesiadką w Lisbonie, wylądowaliśmy w Salwadorze de Bahia. W podróży tej towarzył mi rodowity Brazylijczyk o imieniu Francisco, zamieszkały od wielu lat we Frankfurcie na Menem. Było to oczywiście dużym udogodnieniem nie tylko ze względu na znajomość języka. Francisco ma w Salwadorze rodzinę i znajomych, tak więc mogliśmy u nich przenocować. Było to też dla mnie bardzo ciekawe, ponieważ mogłem zobaczyć jak żyje prawdziwa brazylijska rodzina. Te bogatsze zatrudniają gosposie, bardzo przypominające Żanuarię z serialu "Niewolnica Izaura". W goszczącej nas rodzinie pracowała  czarnoskóra Yvonne, która gotowała nam tradycyjne dania kuchni brazylijskiej, używając przy tym bardzo dużo owoców tropikalnych..
Pierwszym punktem naszej wyprawy było Stare Miasto w Salwadorze (Pelourinho). Znajduje sie tam dużo budynków kolonialnych, które są bardzo kolorowe i podobne do tych z miast portugalskich. Na głównym placu odbywał się kiedyś handel niewolnikami. Plac w Pelourinho znany jest także z teledysku Michaela Jacksona "They don't care about us".  Wieczorem Stare Miasto zamienia się w jedną wielką scenę. Na ulicach można spotkać wielu artystów, którzy cieszą ucho różnymi rodzajami muzyki, od folklorystycznej, wykonywanej przez kobiety w strojach ludowych, tzw. "bayanas" po sambę i dźwięki bębnów.  Można przy tym zasmakować specjałów rybnych, np. tzw. "mukeka".
Następnego dnia polecieliśmy samolotem do stolicy karnawału - Rio de Janerio (lot trwał 2 godziny). Nasz hotel znajdował się na najdłuższej plaży świata (5 km) Copacabana, która jest w nocy podświetlana. Dwuosobowy pokój na Copacabana kosztuje 60-80 euro (poza sezonem karnawałowym). Trzeba jednak pamiętać, że brazylijski standard hotelowy nie można porównywać z europejskim - 5 "gwiazdek" brazylijskich odpowiada 3 "gwiazdkom" europejskim.
Z naszego pokoju na 12 piętrze rozciągał się wspaniały widok na Ocean Atlantycki. Po lewej widoczny był "Pao de Acucar" (Głowa cukrowa), a po prawej Ipanema (druga plaża w Rio). Mimo sławy, z której słynie Copacabana, polecam bardziej Ipanemę, ponieważ jest bardziej luksusowa i bezpieczniejsza, a hotele znajdujące się przy niej są nowocześniejsze. Aby zobaczyć panoramę miasta wjechaliśmy kolejką  linową na "Głowę cukrową" - na jej szczycie znajduje się na wysokości 396 m platforma widokowa. Wzgórze poniżej platformy otacza roślinność tropikalna. Delektując się filiżanką brazylijskiej kawy rozkoszowaliśmy się pięknym pejzażem Rio: miastem otoczonym zielonymi  wzgórzami, białymi i nieskończenie długimi plażami, portem oraz najważniejszym szczytem Rio-"Corcovado" (Garbus) z 38 metrową figurą "Cristo Redendor" (Jezus Zbawiciel). Drugim punktem widokowym jest wspomniany szczyt "Corcovado", z którego dodatkowo widać ogromne jezioro położone za plażą  Ipanema. Rio sprawia wrażenie bardzo nowoczesnego  południowoeuropejskiego miasta. W starszej części zachowane są budynki w stylu kolonialnym, m.in. teatr, stary parlament i kilka banków. Przechadzając się ulicami miasta zaskoczyła mnie architektura niektórych budynków urzędowych, które do złudzenia przypominają socjalistyczną zabudowę Warszawy i Moskwy końca lat sześćdziesiątych. Rio jest niestety również miastem niesamowitych kontrastów między bogactwem i biedą. Ogromne skupiska slamsów, tzw."favellas", położone są głównie na stokach otaczających miasto. Sąsiadują one często z luksusowymi dzielnicami. Ubodzy  ze slamsów żyją w ekstremalnie ciężkich warunkach, bez kanalizacji, a nawet bez prądu. Przybywają oni do Rio z najbiedniejszych rejonów Brazylii w poszukiwaniu chleba i nierzadko wpadają w sidła handlarzy narkotyków i prostytucji. Ostatni wieczór w Rio spędziliśmy  w jednym z licznych barów na plaży Copacabana, popijając brazylijskie drinki Caipirinha (za jedyne 80 centów) i obserwując tętniące życie nocne tego miasta.
Następnego dnia wróciliśmy do Salwadoru, gdzie wynajęliśmy samochód, którym pojechaliśmy na tropikalne plaże "Linha Verde" (Zielona Linia) na północ od tego miasta.
Głównym miasteczkiem turystycznym na Zielonej Linii jest "Praia do Forte". Znajduje się tam urocza promenada z liczymi barami, restauracjami i sklepikami. Na końcu tej promenady znajduje się mały kościółek "Sao Francisco". W upalne wieczory msze św. odbywają się na małym placyku przed kościółkiem. Bezpośredio za nim znajduje się ośrodek ochrony żółwi-gigantów. Godną polecenia możliwością noclegową są tzw."pousadas" (pensjonaty), kosztujące 20-40 euro za dobę ze śniadaniem w pokoju dwuosobowym (poza sezonem). Urządzone są one typowo po brazylijsku, z ogromnym balkonem i hamakiem. Jedynym minusem tego regionu jest plaga moskitów, co doświadczyłem na własnej skórze (jednej nocy "zaspokoiłem" 28 komarów :-)).
Jednakże piękne plaże z palmami "wchodzącymi" do morza oraz orzeźwiające napoje serwowane w owocach kokosowych wynagrodziły mi cierpienia "krwiodawcy" :-)
Po dwóch niezapomnianych tygodniach  wróciłem opalony do europejskiej codzienności i zacząłem oszczędzać na następną wyprawę do Ameryki Południowej.
Warto dodać, że najlepszym sezonem na urlop w Brazylii jest okres od  początku grudnia do końca lutego (brazylijskie lato z najsławniejszym na świecie karnawałem), a brazylijską "zimą" jest pora deszczowa trwająca od czerwca do końca sierpnia.

Rafał ("Fietz-Reisen" :-))

Fotoreportaż z Brazylii